O konkursie
Konkurs „Moja Rzeka” polegał na napisaniu osobistej, prawdziwej opowieści o rzece, z którą wiążą się Wasze najlepsze, najważniejsze albo najbardziej niezwykłe wspomnienia. Każdy uczestnik mógł zgłosić jedną, samodzielnie napisaną historię. Przy wyborze zwycięzców pod uwagę brana była autentyczność, pomysłowość i wartość emocjonalna.
Rozstrzygnięcie
Do tej pory był to dla mnie najtrudniejszy konkurs do rozstrzygnięcia. Od początku zamieszczania prac czytałem Wasze opowieści po kilka razy. Każda była inna, każda prawdziwa i każda zostawiła we mnie coś swojego. Przesłaliście kilkadziesiąt historii o rzekach dużych i małych, górskich i nizinnych, czystych jak kryształ i takich, które inni nazwaliby ściekiem. Dla Was każda z nich była najważniejsza na świecie.
Dziękuję Wam za odwagę i za to, że podzieliliście się z nami kawałkiem swojego życia. Poziom tych tekstów był tak wysoki, że postanowiłem przyznać trzy dodatkowe nagrody w formie wyróżnień.
Wyniki
🥇 I miejsce – Liliana Trzpil, Narew
Nagroda: Packraft Bushraft Biker PRO 👉 https://packraft.pl/product/bushraft-biker-pro/
Opowieść o życiu, które dosłownie zaczęło się nad rzeką: „Istnieję przez Narew”. Krowy przepławiane obok pychówki, gniazdo remiza, grzybowe mecze z tatą, rowery przewożone łódką przez rzekę i pierwsze samodzielne wypłynięcie z patentem żeglarskim w ręku.
🥈 II miejsce – Katarzyna Torz, Białka
Nagroda: karbonowe wiosło Bushraft 👉 https://packraft.pl/product/wioslo-full-carbon-wegiel-4-czesciowe-820g-210-220cm/
Najpiękniej namalowany słowami obraz rzeki dzieciństwa: droga przez pola do szumu wody, nocne kąpiele z siostrą pod gwiazdami, modrzew nad mostem, świetliki w lesie i rzeka, która po prostu ominęła nowy most, bo nikt nie będzie jej mówił, którędy ma płynąć.
🥉 III miejsce – Ola
Nagroda: BOWBAG XXL 60 l 👉 https://packraft.pl/product/bushcraft-bowbag-xxl-60l-torba-dziobowa-rufowa/
Wakacje lat 80. widziane oczami dziewczynki: banda dzieciaków, bieganie po flisackich tratwach, wyspa piratów, wyprawy na raki i żal nad ich „smutnymi oczkami”.
🏅 IV miejsce – Sebastian Durbacz, Wda
Nagroda: Karty Przebudzenia 👉 https://packraft.pl/product/karty-przebudzenia-las-i-woda-jako-pokarm-dla-slowianskie-duszy/
Najbardziej osobista i poruszająca historia. Samotny spływ w najtrudniejszym momencie życia i rzeka, która przyjęła bez oceny i pozwoliła odzyskać spokój.
Wyróżnienia (nagrody dodatkowe)
Każda wyróżniona osoba może sama wybrać nagrodę:
👉 Karty Przebudzenia https://packraft.pl/product/karty-przebudzenia-wersja-eko-las-i-woda-jako-pokarm-dla-slowianskiej-duszy/
lub
👉 Książkę https://packraft.pl/product/przebudzenie-dzikiej-duszy-packrafting-i-bikerafting/
Ignacy – za odwagę
Pierwsze bystrza, wywrotka mamy, strach na pięciometrowej skoczni i duma po skoku. Szczera relacja młodego packrafciarza, który przełamał swój lęk. Mam nadzieję, że to dopiero początek Twoich rzecznych przygód!
Mateusz Korolczuk, Rawa – za najodważniejszy wybór rzeki
Wszyscy pisali o pięknych rzekach, a Mateusz o „ścieku” w Katowicach. Bazy w krzakach, huśtawka z węża strażackiego i dżdżownice zbierane dla taty na wspólne ryby.
Tomek Hoszowski, Korytnica – za humor
Wywrotka w wodzie po kostki, opisana jak spektakl z orlikiem – sam kiedyś taką przeżyłem na tej samej rzece ;).
Odbiór nagród
Zwycięzców i wyróżnionych proszę o kontakt w wiadomości prywatnej na Facebooku lub mailowo: danieltokarz@globalprofit.pl. Podajcie imię i nazwisko, adres do wysyłki, adres email i numer telefonu dla kuriera. Osoby wyróżnione proszę też o informację, którą nagrodę wybieracie. Nagrody będą wysłane na mój koszt.
Wszystkim, którzy nie znaleźli się na liście: Wasze opowieści były tak samo prawdziwe i ważne. Dziękuję, że je napisaliście. Do zobaczenia na wodzie!
Daniel Tokarz, packraft.pl
#mojarzeka
Poniżej zamieszczam teksty, które wygrały lub zdobyły wyróżnienie:
Liliana Trzpil – Narew



NAREW
rzeka mojego dzieciństwa,
ISTNIEJĘ PRZEZ NAREW
Rodzice kupili działkę, i niedługo później okazało się, że mama jest w ciąży (ze mną). Dlatego ojciec w ciągu roku wybudował domek letniskowy, żeby matka miała gdzie przyjeżdżać z dzieckiem. Wychowałam się nad rzeką.
Myślę że Narew przyczyniła się do mojego poczęcia. Do tego, że w ogóle zaistniałam na świecie. Grubo, nie?
KACZEŃCE I JAKSRY
Pamiętam, jak byłam mała i biegałam po łąkach, zrywałam kwiaty, robiłam bukieciki i plotłam wianki.
Część łąk była podmokła, a na tych podmokłych rosły niesamowite kwiaty. Wyrosły gęsiówki, firletki i dzwonki, kaczeńce. Teraz, kiedy jest susza na Mazowszu, trudno spotkać te kwiaty; są pojedyncze. Wtedy to były całe łany. Całe łany kwiatów. A w suchszych miejscach były inne kwiaty, lepsze do wianków.
Mogłam pogłaskać krowy, czasem nawet pozwalali mi je napić albo przepalować. Nigdy mi nie przyszło do głowy żeby się krowy bać. Krowy były fajne.
MOKRADŁA
Jako mały dzieciak pływałam z rodzicami. Zabierali mnie na plażę. Czasem
pływaliśmy na wyspę, albo na mokradła: rzeka tam, gdzie rodzice mieli domek to miała zakręt i ogromne rozlewiska. Tam było sporo starorzeczy i kanałów z mnóstwem wodnych ptaków. I rezerwat ptaków na tym odcinku Narwi. Można było tam pływać.
DÓŁ ŁACHY JEST GROŹNY
Rodzice wpuszczali mnie do wody bardzo wcześnie. Najpierw w tak zwanych motylkach, czyli takich rękawkach. Osobiście nie kocham tych motylków. Uważam, że budują złe nawyki do pływania, ale jako dziecko nie zastanawiałam się nad tym specjalnie. Cieszyłam się, że po prostu wolno mi pływać. Bo nie pozwalali mi się samej kąpać. Rodzice też bardzo pilnowali, żebym nie chodziła w dół łachy. Ja myślałam, że wszyscy wiedzą o tym, że się nie chodzi w dół łachy, bo to niebezpieczne. A zrozumiałam dlaczego jest niebezpieczne dopiero pływając pakraftem. Jako dziecko to się po prostu słuchałam. Kazali chodzić w górę łachy, to chodziłam w górę łachy. A teraz pływając pakraftem, przecież bardzo często jest tak, że osiadamy na mieliźnie, więc musimy przejść przez łachę i zejść na dole łachy. A łacha jest na dole podcięta. Tak jak nawis śnieżny z wiatrem. Rodzice byli bardzo serio z tymi łachami, żeby tam nie łazić. Dlatego jak już z packraftem płynęłam małą rzeczką podwarszawską: Świdrem i wpływałam z niego do Wisły, to było dla mnie logiczne, że jak Świder jest płytki, a Wisła głęboka to Wisła podetnie Świder. Prawdopodobnie trafie na miejsce, gdzie mi się obsunie noga. Miałam pakraft tuż przy sobie i tylko dzięki temu żyję i piszę tą opowieść. Jak mi wpadła noga, to wpadła mi do uda, a dna nadal nie było, i ja ją wyszarpnęłam z wody i ZASYPUJĄCEGO MNIE PIASKU, po prostu rzuciłam się na packraft i nie poleciałam głębiej. Nie sięgnęłam dna. A najgorsze było, że zasypywał mnie pod wodą piasek z łachy! Obok byli ludzie, a nie zdążyli by nic zrobić, po prostu zniknęlabym pod wodą w sekundę i by mnie zasypało pod tą wodą, i to błyskawicznie. Więc byłam bardzo wdzięczna, bo te wspomnienia z dzieciństwa, te wskazówki rodziców myślę, że uratowały mi życie i chyba uratowały też życie kolejnym pakrafciarzom, ponieważ ja o tej łasze mówiłam znajomym. Jedna osoba mi dziękowała za to, że powiedziałam o łasze. Poszła w dół łachy, i też pilnowała, żeby mieć packraft przy sobie, tak jak ja, i w momencie, kiedy jej się zapadła noga, też rzuciła się na packraft, bo też ją zaczęło wciągać i przysypywać. Nie sięgnęła dna, mimo że szła płytką rzeką.
ŻAGLÓWKA
Z rzeczy bardziej pozytywnych miałam okazję pływać z moim ojcem żaglówką. Malutka łódka, Maczek. Dla mnie jako dzieciaka była ogromna. Maczek rzeczywiście miał na żaglu wielki czerwony mak. Pływałam z ojcem. Ja byłam tak mała, że mi było ciężko przechodzić przez skrzynkę mieczową. Ojciec uczył, żeby tam nie podkładać palców, bo po prostu miecz może przytrzasnąć. Przechodziłam pod bomem grota, ale miałam nie przechodzić nad mieczem tylko obok. Zanim się przepełzłam na drugą burtę to chwilę trwało, ale robiłam za balast. Kiedyś przyszła burza. Ojciec szybko płynął do domu. W którymś momencie poprosił mnie, żebym została po jednej stronie, że tak szybko musi halsować, że zanim ja przejdę to już będzie musiał robić drugi hals, więc żeby po prostu siedziała na miejscu. Tu usiadła, po czym tak nam tam przechyliło łódkę, że aż woda poleciała przez burtę. Prosto na mnie. Teraz myślę że to musiało być trochę niebezpieczne, natomiast ja jako dzieciak uważałam, że to jest świetna zabawa. Ja się w ogóle nie przestraszyłam. Byłam zaskoczona, ale zachwycona, a zmarznąć nie zdążyłam, bo za parę minut mieliśmy być w domu. I ja się czułam całkowicie bezpiecznie z moim ojcem. Wiedziałam, że on panuje nad łódką, a że miska czy dwie wody chlapną, to przecież normalne. Nie jestem z cukru, na łódce woda chlapie i uważałam, że to była super przygoda.
DŁUBANKI I PYCHÓWKI
Pływaliśmy też pychówką. To są wąskie, długie łódki, które się pcha albo długim wiosłem, albo drągiem. Stąd nazwa pychówka. Popularne na Mazowszu. Kiedyś wydrążane z pnia drzewa . Potem robili je z długich desek i te deski były smarowane smołą, żeby konserwować drzewo i żeby nie nasiąkało. Przed sezonem letnim pychówka musiała robić zasmołowana nową warstwą. Na wiosnę to często ona była taka wyschnięta po zimie i musiała trochę nasiąknąć, bo potrafiła szparami ciągnąć wodę, ale to to trzeba było po prostu poczekać aż się napije. Uszczelniała się sama. I ta smoła robiła dobrą robotę przez wiele lat, łódki były tylko wymagały co corocznego smołowania.
KROWY MOGĄ PŁYWAĆ
Jeden z naszych okolicznych gospodarzy miał krowy na drugim brzegu i dlatego miał te łódki pychówki. Krowy przepławiał na wiosnę. Krowa płynęła przez rzekę. W dwie osoby się przepławiło taką krowę. Trzeba było jej trzymać pysk przy rufie z jednej strony, a druga osoba odpychała się od dna. Krowa płynęła przy łódce. Gmerała nogami i płynęła „pieskiem”.
Krowy zostawały za rzeką na całe lato. Pan codziennie rano i wieczorem jeździł by napoić i doić. A my mogliśmy kupić mleko. Czasami jeździłam z ojcem pomóc. A na jesieni się krowy z powrotem przepławiało na właściwy brzeg, na ten brzeg z gospodarstwem i zimą sobie stały w oborze.
Fajnie było zobaczyć taką płynącą krowę. Byłam tego ciekawa. Pomiędzy dojeniem porannym a dojeniem wieczornym łódki stały i gospodarz pozwalał nam korzystać. Tylko trzeba było koniecznie odstawić co najmniej jedną pychówkę na wieczorne dojenie, żeby nie został bez łódki.
MECZE GRZYBOWE
Z ojcem pływaliśmy na grzyby, bo po naszej stronie były pola i szosa, a po drugiej stronie, oprócz mokradeł, były jeszcze łąki z brzozami. Tam rosły koźlaki. Zbieraliśmy je z moim ojcem i robiliśmy mecz do 10. Kto pierwszy znalazł dziesięć, ten wygrywał. Zwykle przywoziliśmy ze 20 grzybów. To jedno z najmilszych wspomnień mojego dzieciństwa, te mecze grzybowe w podmokłych laskach. Koźlaki pokazywały się już w lipcu.
RODZINA ŻEGLARSKA
Wychowałam się wśród opowieści o Mazurach. Moi rodzice poznali się na żaglach i dlatego zdecydowali się na kupno działki.
Szukali takiego miejsca, żeby była woda, rzeka, żeby były sosenki i piasek. Narew to szlak wodny na Mazury. Nic dziwnego że tą rzekę wybrali.
Moja siostra, dużo starsza ode mnie, też jest żeglarzem (sternikiem) i poznała swojego męża na żaglach. Opowieści o wodzie było dużo, o różnych przygodach, więc można powiedzieć, że bardzo byłam zżyta z wodą.
PIERWSZY BIKERAFTING
Zdarzało się też, że z ojcem jechaliśmy do poważnego lasu, do Puszczy Białej, która była po drugiej stronie Narwi. Jak byłam mała, to nie bardzo dawałam rady przejść te 3 km do lasu. Dlatego ojciec zabierał rowery na łódkę, przepływaliśmy rzekę z rowerami na łódce. (początki bikeraftingu?) Łódka zostawała w krzakach, potem jechało się trzy kilometry tymi rowerami. Rowery też ciężko prowadzić po lesie, więc zostawialiśmy je u zaprzyjaźnionych działkowców. Zbieraliśmy kurki i podgrzybki. Tam w puszczy był inny las, bo sosnowy, suchy. Nie taki podmokły jak te nadrzeczne brzozy.
GNIAZDO REMIZA
W trakcie jednej z takich wypraw na drugą stronę, trafiliśmy na panów, co usuwali ogromne zwalone drzewo.
Okazało się, że tam coś znaleźli, i to było… gniazdo – gniazdo remiza. Gniazdo remiza jest niesamowite, bo ono ma zupełnie inny kształt. To nie jest miseczka. Gniazdo remiza to woreczek, który jest utkany jak kropla, i zwiesza się w dół. Jest utkane bardzo subtelnie z traw, mocno wyplecione, z puchem od środka. Wejście jest przez krótki rękaw. Tak jak sweter ma rękaw, to taki rękaw wystaje z woreczka i jak skierowany w dół. Jest jednym wejściem do tego gniazda.
To było opuszczone gniazdo, już było lato, nie było tam ptaków. Pokazali dzieciakowi a potem zapytali, czy ja chcę je wziąć. J Oczywiście, że chciałam.
To gniazdo remiza mieliśmy na działce przez kilkanaście lat. Ono sobie leżało, a ja mogłam je pokazywać też znajomym. To naprawdę było bardzo mocno tkane, te ścianki miały około półtora centymetra grubości.
Kto z was widział gniazdo remiza? A ja to miałam w rękach. Jakie to cudowne móc się wychowywać w takim miejscu! Nawet jeśli to tylko weekendy i całe lato.
ZIMA
Zimą ten domek nie był ogrzewany, i rzeka zamarzała, no i woda by zamarzała w rurach, więc zimą żeśmy tam nie jeździli.
Jak tylko topniał śnieg, to już jechaliśmy zobaczyć. To były czasy, kiedy rzeka zamarzała. Po lodzie zdarzało się, że były kradzieże, bo to takie biedniejsze czasy. Właśnie po lodzie, z drugiej strony rzeki przechodzili „na szaber”. Potem kradzieże ustały. Zimy były lżejsze, rzeka nie zamarzała, nie spała pod śniegową pierzynką.
RYBY
Łódka dawała dużą wolność. Najciekawsze tereny, te zalewowe, te kanały i najciekawsze lasy były po drugiej stronie.
Także łódka była dla mnie taką przepustką do tego, żeby było fajnie. A mi, jako dzieciakowi, to nie dawali samej pływać, więc ja czekałam na ojca.
Sasiad nauczył mnie łowić. Jakieś malutkie ryby łowiłam, uklejki. Umilałam sobie czas.
PIERWSZE SAMODZIELNE PŁYWANIE
Bardzo mi się chciało pływać samej, ale matka mi nie pozwalała pływać samej.
Na szczęście moja rodzina jest mocno wodna: rodzice poznali się na żaglach, siostra z mężem też poznali się na żaglach – więc byli za tym, żebym zrobiła patent żeglarski.
Pojechałam jeszcze nie mając skończonych 16 lat. Na kurs musiałam wziąć specjalne pozwolenie od rodziców. Urodziny miałam na kursie, i egzamin już jako 16-latka.
Kiedy wróciłam z wyjazdu z patentem, to miałam uprawnienia do prowadzenia łodzi do 20 metrów żagla. Takie dawały stopień żeglarza kiedyś. Teraz są inne przepisy. Wtedy były takie. Wtedy nie można było wziąć łódki na dowód, trzeba było mieć patent.
Matka oczywiście zaprotestowała, ale ja się przygotowałam. Plecaczek miałam spakowany, w ręku wiosło, i oświadczyłam:
– Mam państwowy dokument, potwierdzony egzaminem, że mogę prowadzić łódki do dwudziestu metrów żagla. Pychówka ma mniej. Pa, pa, wracam wieczorem.
Matkę wryło. A ja złapała wiosło i poszłam.
Przecież sama mnie wysłała na ten kurs, he he. Tak rozpoczęła era mojego samodzielnego pływania.
ZACHODY SŁOŃCA
Fajniejsze plaże były na drugim brzegu. Bardziej piaszczyste, bardziej nasłonecznione. Z widokiem na zachód słońca.
My mieliśmy wschodni brzeg, i niesamowite mgły i widoki na rzekę.
Lubiłam palić ogniska nad rzeką. Zdarzało mi się piec złowione rybki albo po prostu zapalić ognisko, bo było przyjemnie.
Jak nie miałam dostępu do łódki, zdarzało mi się palić ognisko po prostu na naszym brzegu. Bo tak bardzo lubiłam wodę, ogień i to takie dzikie obozowanie.
SURWIWALOWY OBIAD
Kiedyś był taki moment, że zabrakło prądu. Kiedyś wystarczyło, że drzewo spadło, albo jak burza szła, to wyłączali. I zdarzyło się, że wyłączyli prąd. Mieliśmy butlę gazową, zapasową, żeby móc ugotować obiad, ale akurat była zużyta. Matka rozłożyła ręce: Jak ja ugotuję? A ja na to: kiełbasa jest ? Jest. Ziemniaki są? Są. To upiekę na ognisku. A wy zróbicie surówkę. I poleciałam nad rzekę rozpalać. Pilowaliśmy palenia nad rzeką, żeby było czym zalać, żeby nie zaprószyć ognia.
I był to jeden z najlepszych obiadów, bo taki grillowy w wersji luksus, jedzony z talerzy, przy stole, z surówkami. Matka długi czas to wspominała, jak ja sobie dobrze radzę w warunkach terenowych. Ale w sumie całkiem sporo o roślinach jadanych nauczyłam się od niej, i patentów ogniskowych też, gotowała za młodu na ognisku na żaglach. Ona pływała te 20 lat wcześniej to przecież mieli jeszcze trudniejsze warunki, bo wtedy to przecież tam w ogóle sklepów nie było, oni pływali po wojnie, to się szło do chłopa i prosiło się żeby sprzedali jakieś ziemniaki czy jajka. Mówi że tam trzeba było ostro kombinować z jedzeniem. A Narwią spławiali wiosną łódki na Mazury, i jesienią wracały Narwią do Warszawy. Teraz łódki się wozi samochodem, ale ja pamiętam jako dzieciak te sznury łódek powiązanych w kawalkadę, płynących w dół rzeki na jednym silniku na łódce wiodącej. Pływali właśnie Narwią. Narew uchodzi do Wisły w pobliżu Warszawy i to jest szlak wodny do Mazur.
KAPOK Z DĘTEK ROWEROWYCH.
Jak byłam malutka to trudno było kupić kapoki, po prostu nie było w sklepach. Wtedy pływało się w tym co kto miał albo zrobił. Kapok był z pozszywanego materiału, tak by w komorach umieścić dętki rowerowe, i taki kapok rozłożony mógł też robić za materac do spania.
Wiosło, takie długie do pychówki, ojciec zrobił sam.
DREWNIANY KAJAK
Przez jakiś czas pływałam drewnianym kajakiem, który sama z kumplem naprawiłam watą szklaną żywicą epoksydową. W sumie pomysł był kiepski, bo po kilku latach sklejka zaczęła pleśnieć pod łatą, lepiej od razu wymieniać cały płat sklejki. Ale watę szklaną i żywicę przywieźliśmy w plecaku, a ze sklejką byśmy sobie nie poradzili. I parę lat kajaczek posłużył.
WIANKI i POLICJA WODNA
Na świętego Jana uplotłam wianek i zgodnie z tradycją, puściłam go rzeką. Jeszcze świeczuszkę mu wstawiłam dla efektu.
Nagle agresywnie podpłynęła do mnie motorówka, robiąc falę. Policja wodna. Widziałam, jak ich wryło, jak zobaczyli dziewuszkę w sukienusi w kwiatki , z rozpuszczonymi włosami i wielkimi zdziwionymi oczami.
Poświecili, uspokoili się i wyjaślili, że myśleli że ktoś kłusuje ryby, bo światłem błyska w wodę. No tak. Błyskałam fleszem, bo robiłam zdjęcia wianka…. Nie wiedziałam, nawet że można wabić ryby światłem.
TYLE WSPOMNIEŃ
Narew w tym miejscu nadal jest dla mnie miejscem odpoczynku i spokoju. Właściwie domem dla mnie jest każda woda, ale tam jakoś szczególnie mam sentyment. Tyle wspomnień.
Katarzyna Torz – Białka



BIAŁKA
jedwab szarości
rwie na strzępy
rzeka dzikuska
wysokogórska biegaczka
przeźrocza wody tężeją
wśród zwinnych kropli
sprężyny blasku
w świetlistym biegu drżą
początek i koniec
migotem chwil
na powierzchni lśni
w iskierkach dźwięków
tajemny szyfr woda tka
a w nurcie rzeki
ryba kamień
skrzydło ważki
przemija
błyskiem nagłym
i w bezpowrotnym locie
materie sekund
piętrzą czas
(Wiersz napisany przez mnie na brzegu rzeki Białki w jakiś sierpniowy wieczór)
MOJA RZEKA
Ku rzece szło się z rana.
Wiejska zakurzona droga, pełna krowich placków prowadziła pośród pól owsa, który dzielnie radził sobie na kamienistej górskiej ziemi, wąsatego jęczmienia, zagonów ziemniaków i miodnej koniczyny, pełnej brzęczących pszczół.
Na miedzach rosły wysokie, żółte dziewanny i fioletowy, kłujący oset a bliżej lasu i rzeki spotykało się dziewięćsiły, górskie barometry, które nam, dzieciom wydawały się niedosiężnymi skarbami i których sztywne, kłujące płatki otwierając się i zamykając wskazywały, czy będzie słońce czy deszcz.
Zbieranie ich było surowo zakazane przez ojca, bo były pod ochroną.
Droga powoli zagłębiała się w pachnący poziomkami i grzybami las i tam słychać już było daleki szum rzeki.
Jej forpocztą były zwinne, srebrzyste strumyczki z lodowatą wodą, które wysyłała nam na spotkanie, a także białe okrągłe kamienie, po których skakało się w starych tenisówkach.
I wreszcie stawałam na jej brzegu.
To było za każdym razem przeżycie niezwykłe.
Rzeka ukazywała mi cały swój majestat, swoją potęgę i władczą moc.
Krystalicznie czysta, pędząca z głośnym, szorstkim poszumem po białych granitowych otoczakach była dzika, kapryśna, nieokiełznana i rozlewała się wieloma nurtami, tam gdzie chciała.
Kiedy niedaleko wsi Dębno, gdzie mieszkaliśmy wybudowano nowy most, rzeka po prostu popłynęła sobie obok niego, zmieniając swoje koryto i kpiąc z wszelkich prób ujarzmienia jej wolności.
Taka właśnie była ta górska rzeka, srebrzysta, szybka, chłodna, nieprzewidywalna, szalona… moja Białka.
Nad rzeką, zupełnie bezludną w tych czasach upływały nam całe dni letniej kanikuły.
Chodziło się na tak zwaną głębię, gdzie woda była spieniona, wartka i można było tam pływać, aż do prawie zamarznięcia w jej lodowatym uścisku.
W letnim skwarze lepiło się „ciasta” z przybrzeżnego mułu, puszczało papierowe stateczki, które rzeka porywała z dziecięcych rąk i unosiła daleko daleko…
Nad Białką nigdy mi się nie nudziło.
Nieskończone godziny brodziłam samotnie wzdłuż jej brzegów, wypatrując pstrągów, szukając ciekawych kamieni lub kryjąc się w olbrzymich liściach łopuchów, by słuchać o czym kumkają żaby i co opowiada rzeka.
Podpatrywałam niebieskie ważki i barwne motyle, a niekiedy ratowałam je z opresji podsuwając zbawienny listek, gdy przekorny wir rzeki próbował zatopić skrzydlatych śmiałków.
Wieczorami piekło się grule w ognisku, a czasem ktoś starszy złowił pstrąga i wypatroszonego podrzucał nam do upieczenia na patyku.
Do dziś pamiętam ten dziecięcy żal, kiedy widziałam cudowną, wesołą, srebrną rybkę, wydartą rzece, martwą, nieruchomą i unicestwioną na zawsze.
Były też wyprawy do źródeł rzeki, kiedy to brodząc w płytkiej, zimnej wodzie lub przedzierając się brzegiem przez chaszcze wierzby siwej szło się z ojcem w górę jej nurtu, by zobaczyć, skąd ta rzeka wypływa i gdzie się zaczyna jej bieg.
I choć tak bliska i codzienna pozostawała jednak zawsze zagadką i tajemnicą, której przeniknąć do końca nie było sposób.
A wieczorem, gdy zapadał zmrok chodziło się do lasu w okolice rzeki, żeby zobaczyć świetliki, których całe roje mrugały jak złote latarenki w ciemnościach i spotkać się niekiedy oko w oko z pohukującą sową, co napawało wielkim przerażeniem i skłaniało do szybkiej ucieczki.
Zmorą dzieciństwa były gzy czyli końskie muchy kąsające nas bezlitośnie i ostre szpikulce ściernisk, po których biegało się bosą stopą z gromadą wiejskich dzieciaków.
Już jako większe dziewczynki wymykałyśmy się razem z siostrą w środku nocy z domu naszych trzech nieco zwariowanych, ekscentrycznych ciotek i biegłyśmy na głębię, żeby popływać w lodowatej rzece pod niebem pełnym gwiazd.
Do dziś pamiętam obraz świerków, które otulone mgłą w zimnym blasku księżyca wyglądały jak srebrne pióra i dosłownie słyszę tę nocną ciszę, która spowijała śpiący las.
Miałyśmy też z siostrą zwyczaj wysiadywać na wielkim modrzewiu rosnącym na brzegu Białki koło mostu, jak dwie ciekawskie sroki, które chciały zobaczyć świat z wysoka, o czym nie wiedziała matka a na co beztrosko pozwalał ojciec.
Rzeka, wpisana w pejżaż swych białych kamiennych brzegów, złotych pól ze snopami zboża, zielonych Gorców i widocznych niekiedy przy dobrej pogodzie, dalekich Tatr była sercem tej zaczarowanej baśni mojego dzieciństwa, sercem, które bije we mnie do dzisiaj.
Białka, ze swym dzikim, surowym pięknem przepływała przez moje dziecięce lata, młodość i późniejsze życie, pozostawiając pod powiekami niezapomniane obrazy i bajkowe wspomnienia.
Ten czas przeżyty nad moją rzeką dzieciństwa, jawi mi się jak przecudowny, mieniący się kolorami fresk, namalowany przez wspaniałą naturę, gdzie oczami pamięci widzę nasze dziecięce figurki, uwijające się, jak pracowite mrówki w niestrudzonej zabawie na jej brzegu, zespolone naturalnie z jej odwiecznym rytmem.
Po latach spędzonych nad Białką dowiedziałam się, że ta dzika, górska rzeka miała jeszcze jedną tajemnicę i kryła nieopodal swego brzegu niezwykłe skarby.
W rezerwacie Przełomu Białki, koło wsi Krempachy rzeka przebija się między dwiema monumentalnymi, wapiennymi skałami – Obłazową i Kramnicą.
Po tejże pięknej Obłazowej Skale wspinałyśmy się z ojcem jak niesforne kozice, nie mając pojęcia, co kryje się w jej wnętrzu.
Bo właśnie w Obłazowej w roku 1985, w jaskini, wydrążonej tysiąclecia wstecz przez potężną wtedy Prabiałkę odkryto najstarszy na świecie bumerang z ciosu mamuta sprzed 30 tysięcy lat, szczątki kości homo sapiens oraz zwierząt takich jak nosorożec włochaty, renifer jaskiniowy, lew jaskiniowy, hiena i niedźwiedź jaskiniowy.
Znaleziono tam też oprócz narzędzi łowieckich, muszli i innych bezcennych archeologicznych skarbów figurkę kobiety i nazwano ją Wenus z Obłazowej.
A wykonana została 15 tysięcy lat temu przez artystę z epoki paleolitu z granitowego otoczaka pochodzącego z Białki.
Wracam do mojej rzeki kilka razy w roku, siadam na jej kamienistym brzegu, słucham odwiecznego szmeru jej wody i jest mi ona na zawsze przyjaciółką, powiernicą, towarzyszką życia, Rzeką Siostrą i Pramatką wszystkich rzek po których pływam, moją ukochaną Białką.
Ola – Śluza Swoboda
Jest lato, wakacje, lata osiemdziesiąte. Jestem dzieckiem, mam na imię Ola. Jak co roku jeździmy całą rodziną pod namiot w najfajniejsze miejsce pod słońcem – nad Śluzę Swoboda na Pojezierzu Augustowskim w samym środku Puszczy Augustowskiej. Oczywiście jako dziecko chyba jeszcze nie wiem, że to jest wielka puszcza i wielkie pojezierze.
Jeździmy tam całą rodziną: ja, tata, mama, ciocia Jola, wujek Rysiek, ciocia Danusia i moi bracia cioteczni Tomek i Piotrek. Zatrzymujemy się u znajomych, którzy pracują przy obsłudze Śluzy Swoboda, ale my ich nazywamy „Śluzowymi”. Nazywają się Ala i Gienek i mają dwóch synów – Jacka i Arka. Nasze namiotowe obozowisko jest w sadzie przed ich obejściem ze starym drewnianym domem.
Jak się możecie domyślać, jak jest tyle osób i dzieciaków, to zawsze jest wesoło i coś się dzieje. Całe nasze wakacje wszędzie biegamy samopas całą bandą. Ja, Tomek, Piotrek, Arek i Jacek. Przez lata nad śluzą przeżywamy setki przygód. Od niektórych z nich jestem przekonana, że nasi rodzice by osiwieli. Gdyby wiedzieli.
Otacza nas woda, wszędzie woda. Przed nami jest Kanał Augustowski ze śluzą, który po prawej wiedzie do Jeziora Studzienicznego, na które pływamy, ale o tym zaraz. Po lewej jest Staw Swoboda, na którym jest nasza wysepka piratów. Naprzeciwko znajduje się mroczny jaz wodny i strumień, który stanowi granicę z lasem, gdzie nie powinniśmy już sami chodzić.
Śluza Swoboda, to dwie pary ogromnych metalowych wrót. Codziennie przepływają tamtędy rzesze kajakowiczów, którym machamy ze śluzy, z mostku i z brzegu. Czasem przepływa statek wycieczkowy z pasażerami i im też machamy. Jeśli jesteśmy na miejscu, to zawsze pomagamy Panu Gienkowi pchać i otwierać i zamykać śluzy. Razy cztery. To jest bardzo ciężka i mozolna praca – nawet na tyle par rąk! Zastanawiam się, jak on sobie sam daje radę jak my już wracamy z wakacji? Czasami kajakowicze robią sobie u nas przystanek i czasami coś fajnego od nich dostajemy. Kajakarze są bardzo ciekawi i wydają mi się, niezwykle światowi, zwłaszcza jak słyszę, że są od wielu dni na spływie. Nie mieści mi się to w głowie! Marzę o takiej przygodzie! Najładniejsze kajaki są drewniane, w pięknym bursztynowym kolorze.
My całą rodziną pływamy tylko dużą, białą łódką wiosłową Śluzowych kanałem na Jezioro Studzienicze. Zawsze jest super i wesoło, no ale jednak taka łajba jest niżej w moim rankingu niż taki zgrabniutki kajak. Na łódce na dnie jest zawsze trochę skisłej wody, której się trochę brzydzę. Jezioro Studzienicze w porównaniu do stawu jest wielkie jak małe morze. Wujek uczy mnie wiosłować wielgachnym drewnianym wiosłem. Najbardziej lubię podpływać do nenufarów i ślicznych żółtych okrąglutkich kwiatków (grzybienie i grążele). Czasami udaje mi się namówić kogoś z dorosłych, żeby mi zerwał jednego. Lubię też obserwować kolorowe ważki i trzymać rękę w wodzie.
Pływanie łódką jest dla leszczy, albo na wycieczki ze starymi. Przekonujemy się o tym pewnego razu, gdy odkrywamy rano, że na stawie i na kanale dryfują gigantyczne (nic, a nic nie przesadzam) tratwy z wielkich bali drewna spławianych Kanałem Augustowskim przez flisaków. Tratwy ciągnęły się jak okiem sięgnąć w obie strony i był to widok absolutnie niesamowity. Oczywiście chłopaki zadecydowali, że wskakujemy i bawimy się w rozbitków na tratwie. Bałam się okropnie, ale potem było super! Nie wiem ile biegaliśmy po tych śliskich i mokrych balach. Nie wiem jakim cudem nikt nie wpadł do wody i nie wiem jakim cudem nikt z dorosłych nas nie zobaczył. Może to i dobrze, bo nasi rodzice padliby trupem na miejscu od takiego widoku.
Potem oczywiście chcieliśmy mieć własną tratwę. I chłopaki zrobili. Nasza tratwa była cienka, mała, na jedną, góra dwie osoby na raz i do tego niebezpiecznie się przechylała i zanurzała jak tylko się źle stanęło. Przy niej, tratwy flisaków wydały mi się oazą bezpieczeństwa… Tratwą przeprawialiśmy się na naszą wysepkę piratów. Na tej tratwie pierwszy raz wessała mi się w piętę pijawka.
Pijawki były też przy jazie, który był zacieniony, mroczny i pachniało tam butwiejącym drewnem. Chodziliśmy tam słuchać huku wody i wędrowaliśmy strumieniem w górę po jasnym piasku.
Chłopaki z wujkiem często łapali ryby. Pomagałam im robiąc kulki z chleba, bo szkoda mi było dżdżownic. Połowę produkcji po kryjomu zjadałam. Natomiast niektórymi wieczorami, jak już zrobiło się naprawdę ciemno, braliśmy latarki i robiliśmy wyprawę na raki. Raków w Kanale Augustowskim było zatrzęsienie. Żeby złapać raka trzeba mieć:
Metoda 1: Kijek, rozwidlający się w małe igrek, którym trzeba przygwoździć raka do dna i złapać zaraz za głową, żeby nie dziabnął nas szczypcami.
Metoda 2: Siatkę, którą podstawiamy od tyłu raka, najlepiej bardzo wolno, żeby się nie skapnął co się święci. A potem od przodu poganiamy go kijkiem. Rak zwiewa rakiem do tyłu prosto w siatkę.
Raki były piękne i miały bardzo smutne oczka jak czarne błyszczące koraliki. Było mi ich strasznie szkoda. Chyba płakałam. Raki kończyły w wielkim garze gotującej się wody, do której je wrzucano. Wraz ze śmiercią zmieniały kolor na jaskrawą czerwień. Piękną i potworną. Potem wszyscy je obierali i wyjadali mięso ze skorupek i wysysali szczypce. Mięsa było tylko co kot napłakał. Bez sensu. Spróbowałam raz zmuszona i nigdy więcej.
Przygód na Śluzie Swoboda mieliśmy tyle, że można by napisać jeszcze wiele. Ale przede wszystkim –mieliśmy naszą S w o b o d ę i beztroskie życie. Dzisiaj wiem, że ta Swoboda była czymś znacznie większym niż tylko nazwą miejsca na mapie. Kiedy dziś myślę o tym jak lubię spędzać czas nad wodą, najczęściej wracam wspomnieniami właśnie tam — nad Kanał Augustowski, na staw, na wyspę. Do lata, które trwało i trwało.
Mam na imię Ola. Mam 48 lat. Kocham wodę.
Sebastian Durbacz – Wda
4 lata temu zapisałem w notesie krótkie zdanie – 𝑹𝒛𝒆𝒌𝒂 𝒕𝒐 𝒃𝒚𝒕. W ten sposób zwerbalizowałem metafizyczne doświadczenie kontaktu z wodą, definiując jednocześnie najważniejszą obserwację dekady, a może i całego życia.
W tamtym czasie rozpadło się moje małżeństwo, a ja poobijany, załamany, bez planów na przyszłość trochę nieświadomie lecz intuicyjnie – szukając ratunku – spakowałem graty i wybrałem się na samotny spływ. Był koniec sierpnia. Wybór padł na Wdę, o której tyle wcześniej słyszałem ale był to raczej wybór spontanicznie podyktowany marketingiem i reklamą regionu niż konkretnymi oczekiwaniami. Chciałem po prostu płynąć, zmęczyć się, nie myśleć, nie istnieć. Przez 4 dni i kilka godzin przepłynąłem 150 km. Kajakiem kompozytowym, bo o żadnych packraftach nie miałem wtedy zielonego pojęcia. Przez ten czas głęboko zanurzyłem się w sobie. W milczeniu, w powtarzalności ruchów, w bólu mięśni i rytmie czynności dnia codziennego, w odgłosach i barwach czystej natury. Istna magia i mantra. Pobudka o świcie, zagrzanie wody na herbatę z mięty wodnej zerwanej wprost z pachnącego zielem brzegu, śniadanie, złożenie namiotu, spakowanie ubrań, zwodowanie kajaka, tysiące machnięć wiosłem, tysiące widoków, szczegółów, godzina za godziną, kąpiele na dziko, szukanie miejsca na kolejny biwak, bez mapy, bez wskazówek, jakbym był pierwszym człowiekiem, który przemierza ten dziewiczy świat. A pod wieczór rozbicie obozu, rozstawienie namiotu, przygotowanie kolacji, myśli kłębiące się w głowie, by wreszcie zapaść w zasłużony sen. I tak dzień za dniem, te same ruchy, zadania, zamiast męczyć monotonnością, przynosiły coraz większy dystans i bezpieczeństwo.
Rzeka przyjęła mnie jak matka wita zagubionego syna. Bez oceny, bez wymówek, bez wahania, z czystą bezkresną miłością. Od pierwszego zanurzenia stóp, brodzenia po piasku, otuliła swym prądem i powiedziała – Nie myśl. Poczuj. Płyń. Ja cię poprowadzę. To było tak silne odczucie, zespolenia z czymś potężnym, pierwotnym, prawdziwym i bezkresnym, jakby wszystkie tysiąclecia jej istnienia oraz wszystkie istoty związane z nią przez wieki nagle przepłynęły przeze mnie i sprawiły, że zaufałem i poczułem siłę. Nie byłem już sam.
Rzeka to istota życia i ona dawała życie od samego zarania. Dla roślin, zwierząt i ludzi. Wsparłem się na jej ramionach i dałem ukołysać czując, że starożytna maksyma „panta rhei” jest jednocześnie i mapą i drogą. Zmiana ma sens, ruch ma sens, wszystko prowadzi nas w najlepszym kierunku. Istniejemy w ruchu, w nieustannej przemianie, transformacji, przemieszczaniu się. Czasami dryfujemy, czasami ciśniemy pod prąd, czasami zaliczamy wywrotkę i tracimy poczucie kontroli. Rzeka jest życiem, a życie jest rzeką. Wystarczy odpuścić, oddać inicjatywę, uwierzyć, że nie cel, a sama droga jest celem.
Odzyskałem spokój i tak zaczęła się moja prawdziwa przygoda. Było słonce i deszcz, jedna burza, dużo porannej mgły, niezliczona ilość dzikich ptaków, sarny obserwujące mnie z brzegu, klępa pławiąca się z łoszakiem, podziemne źródło bijące wprost spod powierzchni, wysokie trzciny poprzetykane tatarakiem, kilka przenosek, miejsce mocy otoczone kamiennymi kręgami Gotów, jezioro, którego wody pachniały siarką, a dla przeciwwagi aromatów, zapierające w piersiach zapachy roślin i ziół. Płynąłem w ciszy i w duszy zachwycie. Czy to moja ukochana rzeka? Nie wiem. Wiem, że odcisnęła we mnie piętno, zmieniła, dała siłę i nadzieję. Płynę dalej, tym razem już nie sam.
Ignacy – Salza
Ostatnie wakacje były moimi najlepszymi w życiu. Byłem na obozie judo, z rodzicami i dziadkami w Ustce oraz Borach Tucholskich, a z kolegą na obozie deskorolkowym w Jastarni. Kiedy wydawało się, że nic więcej nie może się już wydarzyć Mama powiedziała, że jedziemy razem na packrafting nad austriacką rzekę Salzę. Nie wiedziałem co to jest i czego się spodziewać, ale byłem bardzo podekscytowany.
Podczas podróży, za oknem widzieliśmy majestatyczne góry. Gdy dojechaliśmy do celu poszliśmy zobaczyć rzekę. Była piękna, a woda krystalicznie czysta. Wokół leżały niewyobrażalnie gładkie kamienie, a gdy zanurzyłem rękę w rzece poczułem przeszywające zimno. Nie wyobrażałem sobie, że następnego dnia będziemy pływać w takim chłodzie.
Rano spotkaliśmy się z panem Bartkiem, który był naszym instruktorem. Dał nam cały sprzęt, w tym pianki dzięki którym było nam względnie ciepło. Następnie nauczył nas promowania, czyli omijania skał, prawidłowego chwytu wioseł oraz przewracania się. Gdy pan Bartek opowiadał jak bezpiecznie się zachować bardzo starałem się to wszystko zapamiętać, ale miałem wrażenie, że nie pamiętam nic. Trudno. Musiałem iść na żywioł.
Po szkoleniu popłynęliśmy na pierwsze bystrze, czyli odcinek rzeki z silnym nurtem. Gdy na nie wpłynęliśmy byłem bardzo zestresowany, a zarazem podekscytowany całą tą przygodą. Poszło mi całkiem dobrze więc po dopłynięciu do cofki nie mogłem się doczekać kolejnego bystrza. Na spokojniejszych fragmentach Salzy mogłem skupić się na otaczającej nas przyrodzie. Widok zapierał dech w piersiach. Były tam wysokie oraz majestatyczne, zarośnięte nieprzebytymi lasami góry. Gdy wypływaliśmy pan Bartek ostrzegł nas, iż następne bystrze jest wyjątkowo silne. Znajdowało się tuż za zakrętem i zastawiałem się – skoro pierwszy nurt był tak silny, to jak silny będzie następny? Po chwili przekonałem się jaki to był żywioł. Bez wiosłowania płynąłem szybciej niż kiedykolwiek przy użyciu wioseł. Jednak musiałem ich używać by uniknąć zderzenia z kamlotami oraz kamykami. Czołowe zderzenie jest w miarę bezpieczne, a uderzenie bokiem najczęściej skutkuje przewrotką. W tym momencie zapomniałem o tym, więc gdy uderzyłem przodem bardzo spanikowałem, prawie się wywróciłem i do końca bystrza płynąłem tyłem. Moja Mama nie miała tyle szczęścia, więc gdy zaklinowałem się pomiędzy kamieniami uderzyła we mnie i się wywróciła. Mama mówiła potem, że choć woda sięgała jej do kolan, nurt był tak silny, że nie mogła wstać. Do cofki płynęła już trzymając się packrafta. Trochę było mi jej szkoda, a trochę miałem z niej ubaw. Nie przypuszczałem, że za chwilę sam będę w wodzie.
Po godzinie pływania dotarliśmy do pięciometrowej skoczni. Na początku bałem się skoczyć, tym bardziej gdy jeden chłopak skoczył bez kapoka i dotknął dna. Wtedy Mama pozwoliła mi skoczyć tylko w kamizelce. W tym samym momencie pan Bartek ogłosił koniec przerwy. Poprosiłem o chwilę na mój skok. Zgodził się, ale gdy wszedłem na samą górę bardzo się przestraszyłem. Uspokoiła mnie myśl, że przede mną skakały siedmiolatki. Skoro oni się nie bali, to ja tym bardziej nie powinienem się lękać. Podczas skoku czułem się jakby czas zwolnił, a gdy wpadłem do wody nagle przyspieszył. Byłem z siebie bardzo dumny.
Następne bystrze bardzo mi się spodobało. Szybko się po nim płynęło, nie było kamieni, ale końcu trzeba było bardzo szybko wiosłować żeby nie uderzyć w brzeg. To przypominało jazdę autem po lodzie. Po tym bystrzu rzeka zaczęła powoli zwalniać, ale widoki były olśniewające. Po jednym z wartkich nurtów Salza mocno się zwęziła, a po obu stronach były piękne podwodne jaskinie, które mieniły się kolorami od turkusu, przez indygo, aż po prawie czarny granat. Następnie dopłynęliśmy do kamienistej plaży która była końcem naszej podróży. Na początku było mi przykro, ale kiedy puściłem wiosła dotarło do mnie jaki jestem zmęczony. Wieczorem zeszliśmy nad Salzę. Mgła i cisza sprawiały atmosferę tajemnicy. Gdy zamknąłem oczy mogłem wsłuchać się w kojący dźwięk wody. Tak skończyła się nasza podróż związana z Salzą.
Bardzo się cieszę, że tam byłem. Nauczyłem się nowych rzeczy i przełamałem swój strach. Zobaczyłem piękną naturę oraz spędziłem czas z Mamą. Mam nadzieję, że za rok pojadę tam jeszcze raz.
Tomasz Hoszowski – Korytnica
Korytnica ma coś takiego, że człowiek chce na nią wracać trochę z przyzwyczajenia, trochę z sentymentu, a trochę dlatego, że na końcu spływu w Sówce czeka przepyszna zupa rybna i chrupiący pstrąg z ogniska. Taka swoista turystyka kajakarsko-kulinarna.
Płyniemy nią już któryś raz. Na początku jest wąsko i trzcinowo, jakby ktoś zrobił rzece korytarz i zapomniał wstawić drzwi. Płyniesz pomiędzy ścianami trzcin i przez jakiś czas nie bardzo wiadomo, czy rzeczywiście przemieszczasz się do przodu, czy tylko bardzo spokojnie przesuwasz się w bok. Potem robi się szerzej, pojawiają się lasy i człowiek przypomina sobie, że jednak jest na rzece.
Tym razem była z nami kuzynka mojej żony, więc mieliśmy dwa kajaki. Dziewczyny dostały dwójkę, ja jedynkę. Układ sprawdzony: one mają siebie, ja mam kajak, złudzenie niezależności i ciszę.
Na jednym z szerszych fragmentów leżały zwalone drzewa. Myślę, że co weekend rzeka zaprasza w to miejsce przyjaciół: turzyce , drzewa że zwałki, olsze pochylone nad taflą, wierzby, trawy i zioła. Zimorodki i kaczki dostają loże VIP z najlepszym widokiem a ryby są w końcu u siebie więc nie płacą za bilety na ten specyficzny spektakl. Sosny i brzozy już od lat bez wyrzutów sumienia, oglądają to przedstawienie na gapę. Nie mam pojęcia skąd ale rzeka wie, że zawsze pojawi się jakiś miejski gamoń który nie wiedzieć dlaczego ma się za nowego Aleksandra Dobę.
W tym właśnie miejscu trzeba przenieść kajaki nad drzewem leżącym w wodzie. Wysiadłem pierwszy i okazało się, że woda sięga mi mniej więcej do ud. Przy pomocy człowieka z innej wycieczki przenieśliśmy dziewczyny wraz z kajakiem nad przeszkodą, po czym przepchnąłem ich dwójkę jeszcze kawałek dalej. Za drzewem woda miała już tylko kilkanaście centymetrów.
Dziewczyny popłynęły.
Ja zostałem z jedynką.
I tutaj pojawiła się myśl, która w normalnych warunkach nie powinna mieć żadnych konsekwencji, a jednak miała.
Nieświadomy pierwszoplanowej roli w tym widowisku postanowiłem je dogonić. A dzięcioł zaczął wybijać rytm jak na werblu wieszczącym nieuniknione.
Ponieważ stałem w wodzie po kostki, uznałem, że najrozsądniej będzie mocno odepchnąć się od dna. Kajak powinien ruszyć do przodu, ja powinienem zyskać kilka metrów i wszyscy powinniśmy wrócić do swoich ról.
Zanim to zrobiłem, poprawiłem w kajaku buty, kapelusz i nieprzemakalną torbę. Pomyślałem nawet, że właściwie po co mi ten worek. Przecież ja się nie wywracam.
Nie wiem, czy grawitacja słyszy takie deklaracje, ale jeśli tak, to najwyraźniej bardzo je lubi.
Odepchnąłem się.
Kajak został na miejscu.
Ja poszedłem dalej.
Twarzą.
W wodę.
Po kostki.
„ Ale urwał” zawołał orlik krzykliwy. Żaby zarechotały po czym z głośmy pluskiem wskoczyły do wody. A kaczka krzyżówka skrzyżowała nogi, może żeby nie zesikać się ze śmiechu.
Gdyby istniała konkurencja olimpijska polegająca na natychmiastowym powrocie do pozycji pionowej po nieudanym skoku na główkę, miałbym szansę na złoty medal. Chociaż jury złożone z okoni i głowaczy dyskutowało czy aby skok był czysty i czy fakt podparcia ręką możemy uznać dalej jako skok a nie zwyczajne wpadnięcie do wody gamonia z tendencją do nadużywania produktów McDonalds.
Może niektórzy z widzów, jak gość w czerwonej czapeczce zajęty zjadaniem robaków świeżo wyciągniętych z pod kory, nie zwrócili na to uwagi jednak mokre ubranie pozostawało niezbitym problemem dowodowym, ale uznałem, że nie wszystko trzeba od razu wyjaśniać.
Dziewczyny były już kilka metrów dalej.
Postanowiłem więc pójść za ciosem.
Drugi akt spektaklu jednego aktora miał nosić tytuł: „Być może zaczęliśmy nieco niefortunnie, ale teraz zobaczycie mistrza w akcji”.
Trawy i paprocie pochyliły się mocniej nad tafla jakby przeczuwając, że dalej będzie tylko fajniej. Wskoczyłem z gracją tancerza Teatru Bolszoj do kajaka, oparłem wiosło o dno i pomyślałem, że teraz pokażę im, jak to się robi.
Naparłem.
Kajak przechylił się na bok.
Woda wlała się do środka.
Dużo wody.
Widownia pękała ze śmiechu, pliszka i czapla śmiały się tak że osiwiały, łabędź niemy śmiał się bez żenady na głos. Ryby aż rozpierzchły sie w różnych kierunkach tak były rozbawione.
Właściwie wody wewnątrz było tyle, że dalsze przemieszczanie się kajakiem zaczęło mieć charakter dyskusyjny. Siedziałem w nim jak krewetka w akwarium i zastanawiałem się, czy da się jeszcze jakoś przekuć tę serię drobnych nieporozumień w spektakularne zwycięstwo.
Uznałem, że tak.
Wyleję wodę.
Na widowni zapadła cisza , zwałki jakby mocniej zatopiły się w wodę w skupieniu a trawy pod woda układały się w meksykańską fale.
To był moment, w którym przypomniałem sobie, że fizyka jest nauką, której człowiek nie powinien lekceważyć, nawet jeśli od szkoły minęło wystarczająco dużo czasu, żeby większość jej praw zapomnieć.
Podniosłem przód kajaka.
Woda przelała się do tyłu.
Podniosłem tył.
Przelała się do przodu.
Przez chwilę wykonywaliśmy razem bardzo prostą choreografię, w której ja podnosiłem kajak, a woda konsekwentnie zajmowała miejsce znajdujące się dokładnie tam, gdzie nie powinna.
Po kilku próbach zrozumiałem, że sytuacja nie zmierza w kierunku zwycięstwa. Osiągnąłem dno, a właściwie zacząłem wykonywać w nim odwiert.
Sowa pokręciwszy głową z dezaprobatą szepnęła – to było do przewidzenia przecież woda to woda, wie żeby zawsze płynąć w dół. Rozłożyła szeroko skrzydła i odleciała bezszelestnie w sobie tylko znanym kierunku.
Wtedy jeden z obserwujących postanowił zakończyć moje samodzielne zmagania i wszedł do wody, żeby mi pomóc.
Nie protestowałem.
Pozbierałem rzeczy pływające wokół kajaka, sprawdziłem nieprzemakalny worek i przez chwilę poczułem nawet wdzięczność dla człowieka, który go wymyślił.
A potem spojrzałem na rzekę, na upał i na siebie całego mokrego.
I pomyślałem, że właściwie bardzo przyjemnie jest się czasem trochę zmoczyć, choć nigdy nie chciałem być aktorem.
Po tym nieplanowanym ochłodzeniu moje dialogi z Korytnicą weszły na inny poziom. Dziewczyny popłynęły przodem, a ja samotnie, w niemal idealnej ciszy, niespiesznie przesuwałem się po rzece. I kiedy jesteś dostatecznie cicho, zaczyna się tutaj magia.
Dno zmienia się co chwilę. Raz jest trawiaste, raz porośnięte roślinami o dużych liściach, pomiędzy którymi setki ryb umykają bezgłośnie przed kajakiem. Za chwilę pojawia się piasek. Drzewa leżą w wodzie, jakby odpoczywały. Z gałęzi na gałąź przeskakują niebieskie zimorodki.
Rzeka raz się rozszerza, raz zwęża. Gdzieniegdzie nurt przyspiesza, żeby chwilę później rozlać się szeroko i zwolnić.
Tu wszystko jakby zwalniało i miało inne znaczenie. Nic nas nie goni. Można płynąć przed siebie i po prostu patrzeć. Słuchać wody i ptactwa, obserwować ryby i czekać, aż gdzieś między gałęziami znowu mignie niebieski zimorodek.
A na koniec dopływamy do baru Sówka. Będąc juz na brzegu i czekając na zamówioną zupę , wsłuchajcie się w plusk rzeki na niewielkich bystrzach, ona opowie wam o wiele więcej historii o zuchach próbujących sił na Korytnicy. A zupa rybna, podana w misce, która wielkością nie ustępuje misce na tygodniowe pranie, wynagrodziła wszelkie upokorzenia z tego dnia. Gorąca, z dużymi kawałkami ryb, przyprawiona w punkt, choć nie byłbym sobą, gdybym nie dosypał soli.
Potem ryba z ogniska. Smażona na gigantycznej patelni nad ogniem. Nieco przeciągnięta, ale to tylko nadaje jej chrupiącej skórce charakteru.
I piwo w upalne popołudnie, z którego pierwszym zimnym łykiem nic nie może się równać.
Mateusz Korolczuk – Rawa
Na początku chciałem napisać o Białej Przemszy, ale to byłoby oszustwo. Moją rzeką jest Rawa w Katowicach. Wiem, co pomyślicie – przecież to zwykły ściek. Ale dla chłopaka wychowanego na Załężu, ta brudna woda była prawdziwą szkołą życia i ucieczką od miejskiego zgiełku oraz domowych problemów.
Dziś ten krajobraz przecina betonowa DTŚ-ka, ale ja pamiętam czasy, gdy była tam tylko zwykła ulica. Skracaliśmy sobie drogę z kolegami z podwórka, przeskakując przez tory i ulicę Lelewela, byle tylko jak najszybciej dotrzeć nad nasz „ściek”. To tam, na brzegach, toczyło się nasze prawdziwe życie.
Budowaliśmy tam nasze Bazy. Ukryte w krzakach i na drzewach domki były naszymi twierdzami.
Mieliśmy swoje próby odwagi. Przechodzenie po grubej, czarnej rurze zawieszonej kilka metrów nad wodą było surowo zabronione, ale każdy z nas to robił.
Odkrywaliśmy dzikie życie. W lasku na Tysiącleciu potrafiliśmy godzinami podglądać lisy i ganiać za bażantami. Pamiętam naszą 'zabawę w polowanie’. Byliśmy wtedy przekonani, że to przecież nieloty. I nagle, wielkie zdziwienie – ptak, którego nękamy, najwyraźniej znudzony naszymi próbami, po prostu odbił się od ziemi, wzbił w powietrze i odleciał! To była dla nas pierwsza, prawdziwa lekcja przyrody.
Sama Rawa, choć uznawana za ściek, tętniła życiem. To tam widziałem najwięcej kaczek nurkujących za jedzeniem. Obserwowaliśmy ludzi, którzy z tej mętnej wody wyławiali ochotkę na sprzedaż dla wędkarzy.
Dla mnie brzegi rzeki były miejscem o zupełnie innym znaczeniu – to w tamtejszym błocie szukałem dżdżownic dla taty. Te zebrane nad Rawą robaki zabieraliśmy potem na wspólne łowienie nad stawem Maroko. Miałem z ojcem niewiele takich chwil, dlatego każda z nich, spędzona nad wodą, liczyła się podwójnie i zapisała się w mojej pamięci jako najcenniejszy czas.
Zima przynosiła nad Rawę inne wyzwania. Zawieszaliśmy stary wąż strażacki na drzewie i huśtaliśmy się nad wodą. Gdy zmarznięta dłoń puściła uchwyt, lądowało się z pluskiem w rzece. Płytka woda oznaczała morderczy sprint prosto do familoka, by zmyć z siebie ten cały syf. Ale to też tam, za rzeką, w naszym lasku, rozpalaliśmy pierwsze w życiu ogniska.
Rawa nie była krystalicznie czystym górskim potokiem. Była brudna, śmierdząca i niebezpieczna, ale była nasza. To właśnie te szalone przeprawy, zapach dymu z ogniska i rzadkie, ciche chwile z ojcem zaszczepiły we mnie pasję do wody i dzisiejszych spływów kajakowych. Wciąż szukam w nich tego samego poczucia wolności. Rawa nie jest idealna, ale to ona ukształtowała mnie bardziej, niż jakakolwiek inna rzeka.
